Czytelnicy piszą: Mojej z końmi przygody historia - cz. II
(...) Po tej pierwszej jeździe byłam pełna samych optymistycznych myśli. Wtedy Nadzieja wydawała mi się najlepszym koniem na świecie - mimo że tak naprawdę była pierwszym koniem na którym jeździłam. Żegnałam ją więc w boksie długo, totalnie zauroczona, zupełnie nie zwracając uwagi na nic, co się zieje naokoło. Także na to, że z boksu obok mordkę wystawiał inny koń... Był to właściwie kuc - urokliwa siwa bestia o ciekawskich ale i gdzieś z wnętrza połyskujących smutkiem oczach. Byłam zmęczona, pełna wrażeń, więc stać mnie było wtedy tylko na minutę głaskania "siwucha". A kuc cały czas wlepiał we mnie te swoje urokliwe oczka.
Wróciłam do domu i nie mogłam znaleźć sobie miejsca... Chciałam jakoś wywalić siebie tą ogromną radość... Weszłam więc na Internet i zalogowałam się na QńWortal'u, trochę poczytałam i lekko się przeraziłam. Ledwo rozróżniam strzemiona od wodzy, a tu ludzie rozmawiali "lotnej zmianie nogi w galopie", końskich chorobach i bóg wie czym jeszcze.
Poczułam się taka strasznie malutka, wzięłam więc psa i poszłam na spacer. Nadszedł czas wyciągnąć odpowiednie wnioski - czy chce jeździć w tej stajni, czy nie? Więc po pierwsze - konie. Konie były zadbane (poza tym kucem, wspomnianym wyżej - cały brudny jak prosię nawet z uszami), spokojnie reagowały na czyjąś obecność. Nie stały na gołej ziemi, temperatura wydawała się odpowiednia, no i podstawy - woda, pasza, siano - wszystko było.
Byłam więc pewna, że nie będę brała udziału w krzywdzeniu zwierząt...
Po drugie - instruktor. Pomijając fakt, że jestem kobietą, której uwadze nie umknie męski urok i rozkoszne iskierki w oczach (ech... ten naczelny - przyp. red.), to Marek wydawał się po prostu profesjonalistą. Naczytawszy się porad określających cechy idealnego instruktora, miałam mniej więcej nakreślony "profil", i ku memu zdziwieniu Marek jawił się jako ideał.
To, co było dla mnie ważne - nie czułam się jak stara baba, która ma kaprys pomęczyć zwierzęta. Czułam się jak osoba, która
chce wejść do cudownego świata, do mitycznej krainy Narnii (ale bez wojny i króla Aslana). Wiedząc, że nie jestem zbytnio zorientowana, powoli mi tłumaczył co jest co, wprowadzał "specjalistyczne" zwroty, nie wyśmiewał moich błędów, jak choćby kopania konia po zadzie podczas zsiadania. Z drugiej strony nie wyręczał mnie, stał z boku i patrzył,jak sobie radzę, w razie konieczności pomógł, ale oboje chcieliśmy żebym była jak najszybciej samodzielna w kwestii siodłania, kiełznania itp.
Następną kwestią był mój wiek. Miałam wątpliwości, sądziłam że ktoś doświadczony zobaczy jak się miotam, zobaczy i będzie miał ubaw. Jedną z takich osób mógł być Paweł Spisak - chłopak starszy ode mnie o 2 lata, a już "zaliczył" olimpiadę. Zapytałam wiec Marka. "Każdy kiedyś zaczynał i każdy zaczynał tak samo." To mnie bardzo uspokoiło. Podczas tego spaceru nie znalazłam nic, co odwiodłoby mnie od drugiego telefonu do Marka. Więc zadzwoniłam.
Druga lekcja - jeszcze na lonży - przebiegała podobnie jak pierwsza, z jedną koszmarna różnicą. Różnica nazywa się KŁUS ĆWICZEBNY. To było cos strasznego. Myślałam że w majtkach mam jedną wielką krwawiącą ranę (a co mają powiedzieć jeźdźcy płci męskiej? - przyp. red.)
Jakoś przetrwałam. Po jeździe pożegnałam się z Nadzieją, która zadziwiająco szybko odwróciła się zadem. Poszłam więc do jej sąsiada, który jak tylko mnie zobaczył, od razu wystawił pyszczek. Zaczęłam go głaskać, drapać za uchem (tak uroczo przekrzywiał główkę)... i wtedy to nastąpiło. Końska strzała Amora. Siwy, niepozorny wśród Arabów i małopolskich, brudny jak prosię kuc zdobył moje serce swoja łagodnością.
Pobiegłam do Marka i powiedziałam, że chcę jeździć na Frycku - takie moja siwa miłość nosiła imię. Nadmieniłam jeszcze, że przed następną jazdą chcę się nauczyć pielęgnacji. Przyczyną tego nie był tylko brud posklejany na Frycku, ale to że poprzednie jazdy nie wyglądały tak jakbym chciała. Jak? Następująco: Przyjeżdżam, Marek siodła konia, jeżdżę, zsiadam, koń idzie z powrotem do boksu, a ja mam wszystko gdzieś. Nie o to chodziło, tylko byłam zbyt oszołomiona, żeby to zarejestrować.
Chciałam być wśrod koni najdłużej jak tylko się da, poznawać je, pamiętać reakcje, uczyć się ich języka a przede wszystkim czerpać tę ogromną radość z obecności istot które nie potrafią ranić tak okrutnie i bezsensownie jak ludzie. Kiedy wiec pojechałam na trzecią jazdę, czekała na mnie szczota, zgrzebło i kopystka, a do tego publiczność w postaci koniuszych, stajennych i jeźdźców oraz oczywiście Marka. Ten ostatni szybko pokazał co i jak należy robić, przez chwilę widownia pośmiała się "jak to niektórzy wolą czyścić niż jeździć"... W tym momencie, gdybym była koniem, to już wykorzystałabym kopyta.
Poczułam się jak dziwadło - co jest dziwnego w tym, że chcę zadbać o konia na którym będę jeździć? Czy to źle, że nie chcę go traktować jak maszynę do spełniania ludzkich zachcianek? Ja sama jako człowiek nieraz byłam do tego zmuszona, a koniom życzyłbym jak najmniej ludzkiego draństwa.
Towarzystwo rozeszło się, Marek poinstruował mnie w kwestii czyszczenia kopyt i gdy zobaczył ile brudu Frycek nazbierał, stwierdził że to był dobry pomysł.
Pomyślałam wtedy - jak do cholery, można zaniedbywać takiego wspaniałego konia? Wśród tych końskich piękności rzeczywiście mógł wydawać się mało ważny. Zachciało mi się płakać.
Bardzo mocno przytuliłam go do siebie, a Frycek wtulił mordkę w moje ramiona. Zabrałam się za kopyta. Nigdy wcześniej nie przypuszczałabym że końska nóżka jest taka ciężka! Zanim skończyłam, zastanawiałam się jak ja jeszcze znajdę siłę żeby jeździć. Marek jednak pomógł mi w osiodłaniu Frycka, i znów była chwila na lonży. Moim zdaniem potrzebna, bo Frycek częściej wyrzucał w kłusie, więc musiałam się wczuć. Po chwili Marek "odpiął mnie" i po raz pierwszy jechałam sama. Pamiętam że musiałam się mocno napracować bo Frycek szybko przechodził w "ten szybszy kłus" wiec anglezowanie
początkowo szło mi kiepsko.
Rozpraszała mnie jeszcze jedna rzecz - USZY. Naczytałam się w jednej książce że koniecznie trzeba zwracać uwagę na końskie uszy. Ja wiec patrzyłam na fryckowe uszy a zamiast się skoncentrować, przypominałam sobie, co znaczyły uszy do przodu. Zresztą, nie mówmy o technice, bo to była porażka. Non-stop łapałam się siodła, wodze latały gdzie chciały, nogi wypadały mi ze strzemion. W końcu powiedziałam do siebie - "słuchaj debilko, wydajesz kasę, robisz z siebie wariata... - albo zsiadaj albo się k... skup"... I po jakichś 15 minutach złapałam rytm, po raz kolejny przekonałam się jaki to świetny koń, dopóki "znów ta noga" w strzemieniu nie wyleciała/utknęła/przesunęła się. To się stało chorobą, zatrzymywałam Frycka pogrążonego w pięknym kłusie jak tylko poczułam minimalne przesuniecie nogi w strzemieniu. Widział że Marek tracił cierpliwość, ale wstrzymywał się. Skwitował to tylko że jestem zbyt "drobiazgowa".
A ja zakochiwałam się we Frycku coraz bardziej. Za co? Za łagodność, za to że odkrywałam w nim jego piękno, za to jego spojrzenie i za charakter. Trudno to wytłumaczyć, ale choć słuchał się, czułam jakby mówił sobą cos w rodzaju "ja cię jeszcze słucham, ale nie zapominaj że jestem czującą istotą".
Nie zapominałam. Na słowo "bat" cała się trzęsłam. Na Frycka nie trzeba było bata. Owszem, próbował rządzić, buntować się... Ja chciałam iść prosto, a on przemaszerowywał dumnie przez sam środek hali... Wyczuwał mój brak doświadczenia. Przez kolejne kilka jazd brałam Frycka pod włos - siedziałam z nim w boksie długo przed jazdą, czyszcząc go gruntownie; gadałam do niego, a przede wszystkim dawałam mu mnóstwo czułości. Jak swędział go nos, drapałam go. Miałam wrażenie że patrzył wtedy z wdzięcznością. Powoli zaczynał mi ufać - na ziemi i w siodle. Współpraca układała się bardzo dobrze, spokojnie, doszłam do etapu porządnego anglezowanego, ćwiczebnego (tragedia), pierwszych prób wolt (wychodziło rozgniecione jajo), prób siodłania i kiełznania.
Jakoś powoli, małymi kroczkami robiłam postępy. Jeszcze kwestia Marka - po jakimś miesiącu zauważyłam, że nikt nigdy nie był tak wyrozumiały dla moich błędów, humorów, histerii. Niby mówi się - no przecież za to płacisz. No tak, ale mógłby na mnie krzyknąć, zwrócić uwagę, albo po prostu...
zdenerwować kiedy po raz kolejny przechodzę do stępa bo coś mi nie pasuje. Nic z tego. Nie Marek. Przynajmniej nie w tym życiu. Cokolwiek nie robiłam, zawsze z tym samym stoickim spokojem mówił - weź te pięty w dół, wyprostuj się, skróć te wodze, i jedź... Ale za to dziękowałam Bogu - dziękowałam za Marka. Przy takim człowieku mogłam się uspokoić, nie bać, zaufać temu co mówił i po raz kolejny usłyszeć że nie spadnę. Co prawda, kiedy zachwycona mówiłam jaki Frycek jest wspaniały, pytał - co ty w nim widzisz? Wściekałam się wtedy na niego.
Może on sam wiedział lepiej, do czego Frycek mnie doprowadzi, a może mu nie ufał... Czas pokazał, jak cholerną miał rację...
... ciąg dalszy nastąpi ...




Nie mogę się doczekać dalszego ciągu!! Zwłaszcza ostatnie dwa zdania mnie bardzo zaintrygowały...